Feuersteinowie

W Mszanie Dolnej mieszkało kilka rodzin o nazwisku Feuerstein; nie wiemy czy i jak były z sobą spokrewnione. Jedna z nich to Anna zd. Geller i Benjamin Feuersteinowie z córką Rachelą i synem Rafaelem – o nich wspominamy w rozdziale dotyczącym rodziny Gellerów. Chaim i Jetti z córką Pesą to kolejna – o nich na razie nie mamy żadnych danych.

 Tu chcemy napisać o Jetti Fani, zwanej Franią (a przez mieszkańsców Feuersteinką) i jej mężu Szymonie Feuersteinie. Szymon był ważną dla mszańskiej społeczności żydowskiej osobą: pełnił rolę przewodniczącego Kongregacji Kupieckiej na cały powiat limanowski, został wybrany w 1919 r. do władz gminy wyznaniowej, angażował się też politycznie. Jak notują kroniki i wspomnienia, Szymon Feuerstein zajmował się handlem drzewem, dzierżawił w Mszanie Dolnej tartak od hrabiów Krasińskich, a jego żona miała nadto sklep z materiałami przy głównej ulicy Mszany, Piłsudskiego 19. Wspomina o tym „Kronika” Olgi Illukiewicz: „Dobrze zaopatrzony sklep bławatny prowadziła Żydówka Feuerstein. Miała bardzo dobry gust. Sklep ten znajdował się w domu drewnianym, gdzie obecnie stoi kamienica pod nr 19”. Także pan Henryk Zdanowski opowiadał nam o sklepie „Feuerstanki”. Miał on mieścić się na I piętrze, nad szynkiem. Szymon i Netti Fani są odnotowani w Księdze Adresowej RP z 1926 r. jako zajmujący się handlem drzewem, a Jetti Fani figuruje nadto jako właścicielka dużej parceli w wykazie gruntów opuszczonych po wojnie przez Żydów. Tak niewiele jakichkolwiek śladów.

 Feuersteinowie na początku okupacji wyjechali z Mszany do Krakowa, za rodziną, licząc, że w większym mieście będą mieć większe szanse na przeżycie. Do Mszany już nie wrócili: zginęli w tarnowskim getcie.

 Przeżył je bratanek Frani, Steve Israeler, który nam opowiedział o swoich wakacyjnych wyjazdach do cioci i wujka, do Mszany Dolnej. Później miały uratować mu życie.

 Steve urodził się w pobożnej żydowskiej rodzinie w Krakowie. Rodzina mieszkała przy u.Paulińskiej. Ojciec, David Israeler pochodził z Kęt, a mama, Regina z domu Wolf, z Wadowic. Steve miał 5 rodzeństwa: cztery siostry i brata, Wolfiego. Steve był najmłodszy. Gdy wybuchła wojna, miał 8,5 lat. Z Mszany, gdzie jak zwykle spędzali wakacje, wyjechali jednym z ostatnich połączeń do Krakowa.

Ale jeszcze trwają przedwojenne wakacje. Naprzeciwko sklepu cioci jest piekarz, który ma konia, wóz i od 4 rano tym wyładowanym pieczywem wozem jeździ po okolicznych wsiach, dostarczając chleb. Wszystko wskazuje na to, że mowa o piekarzu Beldegrünie, o którego córce, Lusi, opowiadał pan Henryk. „W budynku przy ulicy Józefa Piłsudskiego 15 należącym do Żyda Beldegrüna, znajdowała się piekarnia i sklep spożywczy w suterenach, a na parterze sklep bławatny” notuje „Kronika” Olgi Illukiewicz. Mały Steve był zauroczony końmi. Często prosił piekarza, by mógł towarzyszyć mu w tych codziennych jazdach. W ten sposób nauczył się postępować z końmi, oporządzać je, czyścić, trzymać jak należy lejce. Aż nieprawdopodobnie wydają się brzmieć wspomnienia o wspólnym z koniem pływaniu w Mszance – jakąż ona musiała wówczas mieć głębokość?!

Te umiejętności w wojennych zawirowaniach miały uratować życie Steve’a – gdy z rodziną trafił do tarnowskiego getta. Komendant getta, stracił woźnicę i szukał jego następcy. Steve zgłosił się jako ten, który potrafi obchodzić się z końmi. Gestapowiec sprawdził to: stawką była śmierć lub szansa na przeżycie. Udało się! Choć z getta trafił do obozu w Płaszowie, a potem Mielcu, wieziony był do Auschwitz, ale z powodu buntu Sonderkomando ostatecznie odesłano go do Flossenburga w Bawarii, gdzie doczekał wyzwolenia. Przez Francję i Kanadę dotarł do USA, gdzie mieszka do dziś. Jego rodzina nie miała tyle szczęścia: rodzice i 2 siostry zginęli w Tarnowie, 1 siostra próbowała przetrwać na aryjskich papierach, kolejna siostra i brat w czasie ucieczki rozdzielili się i oboje zginęli: w Sobiborze i Auschwitz. Steve przeżył dzięki miłości do zwierząt.